Indi
wersja z bonusami
Dołączył: 04 Cze 2006
Posty: 94
Przeczytał: 0 tematów
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: no-man's land
|
Wysłany: Nie 21:58, 15 Paź 2006 Temat postu: Keith Jarrett |
|
|
Keith Jarrett – The Köln Concert
Włączyłam sobie „Moondawn” Klausa Schulze, ale ta muzyka wybitnie nie pasowała do tego, co czytałam („Historia życia prywatnego” pod red. P. Aries’a i G. Duby’ego), więc stwierdziłam, że włączę sobie jakiś jazz, który w sam raz będzie się nadawał do takich subtelności jak „Intymność życia prywatnego a świat zewnętrzny” toskańskich notabli u progu oświecenia. Wybór padł na Keitha Jarretta i jego koncert w Köln. Przy pierwszych dźwiękach wciąż trwałam w postanowieniu jednoczesnego słuchania i czytania. Wytrzymałam kilka minut, ale było coraz trudniej, moja silna wola słabła z dźwięku na dźwięk. Köln Part I w końcu zwyciężył. Kiedy słuchałam tego po raz pierwszy – płakałam. Tym razem było wręcz przeciwnie. Odkryłam, że ten utwór jest niezwykle pogodny! W dodatku jest to ten rodzaj „pogody”, który najbardziej lubię – to taka radość z codzienności, w tym przypadku z najprostszych dźwięków zagranych na klasycznym instrumencie. Okazuje się bowiem, że nie trzeba całej orkiestry, ba!, nie trzeba nawet zespołu, wystarczy jeden człowiek i jeden instrument, by wywołać w słuchaczach silne emocje, by tchnąć w nich optymizm. Napisałam „słuchaczach” i mam ochotę się poprawić. Jak sam tytuł wskazuje, nie jest to nagranie studyjne. Zazwyczaj kiedy słucham płyt koncertowych czuję się tak, jakbym była wśród publiczności, biła brawo, cieszyła się, nawet podśpiewywała. Ale nie tym razem. „The Köln Concert” daje wrażenie intymności, jak gdyby Jarrett grał tylko dla mnie. Nie wiem, jak on to robi, ale między słuchaczem (mną) a muzyką panuje doskonała harmonia. W międzyczasie zaczął się Köln Part IIA, emocje nie słabną. Trochę częściej zdarzają się momenty zadumy, kiedy albo akcentowane są niższe dźwięki, albo muzyka przycicha zmuszając tym słuchacza do większego skupienia. Pod koniec tego utworu czuję się tak, jakbym oglądała pożółkłe fotografie z uśmiechniętymi ludźmi, których już nie ma, i z miejscami, które doskonale znam, ale próżno by ich szukać, bo dziś już nie istnieją. I ja też uśmiecham się do ludzi ze zdjęć... Nastrój ten podtrzymuje Köln Part IIB, choć jest bardziej słoneczny od części IIA – po podróży sentymentalnej przyszła pora na to, żeby rozejrzeć się dookoła siebie. Miałam dzisiaj pójść wcześniej spać, ale przede mną jeszcze ok. 20 minut muzyki i doskonale wiem, że wysłucham Keitha do ostatniego dźwięku. Pisząc to zdanie chyba rozgryzłam fenomen tej płyty. Słuchanie „The Köln Concert” to dialog pomiędzy fortepianem a mną, moimi myślami i uczuciami. Jarrett muzyką prowadzi mnie przez zakamarki pamięci i jest jak mentor – naprowadza, ale nie podaje gotowych odpowiedzi (15. minuta trzeciego utworu, Keith dał mi do zrozumienia, że jest ze mnie zadowolony, po czym zmienił ton na bardziej refleksyjny – częste pauzy). Köln Part IIC, najkrótszy utwór z tej płyty (i zarazem ostatni), wraca ten pogodny nastrój rozpoczynający koncert. Ten utwór jest jednocześnie pożegnaniem, podziękowaniem za wspólnie spędzone chwile i zaproszeniem do kolejnej „rozmowy”, może jutro, może za miesiąc, a nawet jeśli za rok, to nic, bo przecież to, co najważniejsze, pozostało w sercu.
Post został pochwalony 0 razy
|
|